Porównując drogę, jaką musi dzisiaj przejść osoba chcąca ćwiczyć aikido, z drogą, jaką odbyć musiała kiedyś, widać dokładnie jakościową różnicę, jaka dokonała się w ciągu tego okresu w polskim aikido. Dziś wystarczy poczuć w sobie chęć do ćwiczeń, uświadomić ją sobie, a potem wybrać najbliższą, czy też najbardziej odpowiadającą pod innymi względami grupę i instruktora, zapisać się i już można ćwiczyć. Kiedyś ta droga wyglądała zupełnie inaczej. Kiedy ktoś, tak jak ja, interesował się wschodnimi sztukami walki, nie mógł sobie pozwolić na luksus wyboru nie tylko instruktora, czy grupy, ale wręcz samej sztuki walki. Zaczynało się ćwiczyć taki rodzaj sportów wschodu, jaki w danym ośrodku był dostępny, z reguły, tak jak w moim wypadku było to karate, czasem też judo, choć to ostatnie, znane bardziej na płaszczyźnie sportowej, nie było otoczone takim nimbem tajemniczości. Gdybym miał spróbować zanalizować, dlaczego ja zainteresowałem się sztukami i sportami walki Dalekiego Wschodu, to myślę, że oprócz pewnych wewnętrznych dyspozycji nurtowały mnie różnego rodzaju pytania w rodzaju: Skąd pochodzi ta tajemnicza siła, którą prezentują adepci? Czym ona jest i ile trzeba ćwiczyć, aby takie zdolności posiąść? Jak to może wpłynąć na mnie? Na pewno nie występowałem z sytuacji zagrożenia, która miałaby mnie niejako skłonić do nauki sztuki walki. Wszystko to miało raczej dla mnie posmak egzotycznej podróży.
Po moich przygodach najpierw z karate kyokushinkai, a później także shotokan, trafiłem na grupę, która zajmowała się ćwiczeniem aikido. Zarówno doświadczenia z pierwszego, niejako próbnego treningu, jak i informacje na temat tej sztuki, na jakie wcześniej natknąłem się w prasie, a opisujące intrygująco odmienny charakter aikido,zainteresowały mnie i sprawiły, że zapisałem się do sekcji i podjąłem regularną praktykę. Instruktorem mojej grupy był Ryszard Bębeniec. Jak większość ówczesnych grup, rozwój nasz zawdzięczaliśmy zarówno ćwiczeniom własnym, jak i niezwykle intensywnym kontaktom z SOMA (Szczeciński Ośrodek Metodyki Aikido) pod kierunkiem p. Mariana Osińskiego. Szczególnie na początku staraliśmy się przynajmniej raz w miesiącu uczestniczyć w takich wyjazdach szkoleniowych do Szczecina. Tam też dochodziło do naszych pierwszych kontaktów, jeszcze wtedy bardzo symbolicznych, z instruktorami z zagranicy -z Nielsem Bodkerem, Urbanem Aldenkingiem, z instruktorami włoskimi itd. Ta praca i ten entuzjazm, który bardzo często przewyższał nasze i naszych klubowych instruktorów umiejętności, dawały jednak pewne owoce. Przenosząc się z rodzinnego Wałbrzycha na studia do Warszawy miałem już zdany egzamin/kurs instruktorski w ramach obowiązującego wtedy systemu SOMA i nieco doświadczeń związanych z prowadzeniem zajęć w grupie. Po przyjeździe do Warszawy skontaktowałem się z Bogdanem Rumasem, którego znałem z jednego z wcześniejszych staży, i razem postanowiliśmy poszukać grupy aikidoków ćwiczących w Warszawie. Dzięki kontaktom z grupą warszawskich karateków udało nam się doprowadzić do spotkania z Jurkiem Pomianowskim, który w tym czasie starał się już sam prowadzić zajęcia w ramach Akademickiego Klubu Sztuk Wschodu afiliowanego przy UW. Jako osoba z największym wówczas doświadczeniem, zostałem instruktorem tej grupy wraz z Bogdanem Rumasem i Jurkiem Pomianowskim. Pamiętam, że doświadczenia, jakie wyniosłem z mojej praktyki i kontaktów w ramach SOMA, bardzo się różniły od tego, co ćwiczyła grupa warszawska czerpiąca całą swoją wiedzę o aikido z podręcznika Gozo Shiody i doświadczeń Jurka w karate. Przejawiało się to w sposobie interpretacji i rozumienia ruchu, całych technik wykonywanych wtedy w sposób zbyt kanciasty, sztywny, bazujący na sposobach poruszania się zaczerpniętych z karate. Jak wszędzie, powszechny, ogromny entuzjazm wśród ćwiczących pozwalał jednak na stopniowe przezwyciężanie wszystkich niedogodności i sprawiał, że dokonywał się ciągły istotny techniczny postęp.
Wspomniałem już, jakie były moje pierwotne fascynacje i co pociągało mnie właśnie w kierunku aikido. Patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia, a więc z perspektywy ponad siedemnastu lat, muszę powiedzieć, że ja ciągle pamiętam o tym i ciągle traktuję to jako pewien rodzaj podróży, która wciąż jest zajmująca. I, tak jak w czasie podróży zmienia się krajobraz obserwowany za oknem, tak i ja mam możliwość obserwowania tego, co zmienia się we mnie, w moim aikido, ewoluuje w swojej formie, układzie, kolejności, ale wciąż pozostaje tym samym. Na tym właśnie, moim zdaniem, polegają sztuki walki. Ta wspominana podróż wciąż przedłuża moją inspirację pierwotną, choć już nie zastanawiam się, na przykład, jak będę czuł aikido po pięćdziesięciu latach. Choć cały czas uważam, że należy sobie wyznaczać nowe cele w tym, co się robi i nie mogą to być cele „do zakończenia”, lecz muszą w sposób naturalny pojawiać się w miarę posuwania się naprzód.
To jak z linią horyzontu, którą wciąż widzimy, ale która stale nam „ucieka” i jest od nas tak samo daleko. Nie należy się z tego powodu czuć sfrustrowanym, przecież z każdym krokiem pojawiają się nowe elementy w tym co widzimy i z biegiem czasu widzimy je coraz wyraźniej.
Aikido wciąż mnie pociąga jeszcze z jednego powodu; ze względu na swój stosunek do człowieka, na szacunek, jakiego w stosunku do niego uczy. Ta unikatowość aikido w jego technikach kładących nacisk na partnera, dostrzeganie go, reagowanie na jego ruch, który niejako wywołuje odpowiednią formę mojej obrony. Nie ma tu miejsca na układ : kat – ofiara. Aikido jasno pokazuje, że jesteśmy tym samym elementem. Naprzemienne wykonywanie ćwiczeń sprawia, że „atakujący” i „broniący się” upodabniają się do siebie w działaniu. Tego właśnie staram się uczyć na swoich treningach.
